Nowa definicja Gamingu, czyli jak to widzi Microsoft

Nowa definicja Gamingu, czyli jak to widzi Microsoft

 Amadeusz Labuda
Amadeusz Labuda
14:10
07.06.2017
0 komentarzy
1154 wyświetlenia

„Gdy pierwszy człowiek na ziemi zagrał w Ponga, ziemia natrzęsła się w swych posadach. Oto bowiem ludzkość poznała nową przyjemność, jednych obdarzając bogactwem, innych zaś skazując na niedostatek i ciągłe poszukiwanie sensu istnienia.”

Nieznany redaktor CXP,
Anno Domini 2017

Gamepad Microsoftu, jaki jest każdy widzi

Wstęp podstawą jest i basta!

Jako zapalony gracz, już od lat obserwuję trendy rządzące światem gier wideo. Logiczne więc, że przez ten czas uwadze mojej nie uszły zachodzące zmiany, takie jak chociażby sztuczne kreowanie popytu przez wydawców, tworzenie fałszywych zwiastunów oraz wiele innych, mniej lub bardziej nieuczciwych praktyk, które stosowali najwięksi producenci gier by zwiększyć swoje przychody. Większość tych zmian dotyczyła jednak samego kontentu, nie zaś platformy sprzętowej, na której to odpalamy nasze ulubione tytuły. Tym bardziej zdziwiły mnie ostatnie poczynania Microsoftu, który najwyraźniej na sprawę zapatruje się zupełnie inaczej, niż jego konkurencja.

Początki były chaotyczne. Zwłaszcza dla konsol

Zacznijmy jednak od samego początku, bowiem nim przejdziemy do meritum, samego sedna wypowiedzi, należy prześledzić rozwój rynku oraz zmiany, które doprowadziły do dzisiejszej, nietypowej sytuacji. Zasadniczo wszystko zaczęło się od rozwarstwienia odbiorców: mówiąc prościej konsolowcy mieli swoje gry, pecetowcy swoje. Owszem, często pojawiały się produkcje które ukazywały się na obie platformy, jednak dotyczyło to zwykle tytułów z najwyższej półki. Jako że branża ta rozwijała się dynamicznie, wiele firm podjęło starania by wyciąć z niej swój kawałek tortu. Stąd właśnie w początkowym okresie rozwoju pojawiło się mnóstwo firm produkujących konsole. Z biegiem czasu jednak ich ilość zaczęła topnieć, zwłaszcza, że na arenę weszły komputery, które to początkowo w kwestii gamingu były na stratnej pozycji (głównie przez postrzeganie ich wyłącznie jako maszyn do pracy, oraz ich niesamowicie wysokie ceny). Gdy sytuacja się nieco wyklarowała (a było przy tym sporo zamieszania), okazało się, że rynek zdominowały dwie firmy produkujące konsole: Sony i jego Playstation 1, oraz Nintendo z konsolą Nintendo 64. Czas jednak nie stanął w miejscu, zaś do walki o klientów stanął również Microsoft ze swoim pierwszym Xboksem. Czas ten można zasadniczo nazwać „współczesnością” jeśli chodzi o gry. Jak się okazało, w skutek innej specyfiki najnowszych rozwiązań Nintendo (kontrolery nunchak oraz słabe parametry), samoczynnie wyrolowało się ono z interesu (przynajmniej na terenie Europy).

Nieco humoru nie zaszkodzi

Jak dzisiaj wygląda branża gier wideo?

W tym momencie doszliśmy do okresu rozpoczynającego się po roku 2005, zaś na arenie pozostało dwóch zaciekłych rywali: Sony oraz Microsoft. Firmy te w dążeniu do zwiększenia zysków postanowiły dokonać rzeczy niewybaczalnej dla każdego gracza, niebędącego fanboyem którejś ze stron konfliktu. Otóż rozpoczęła się era produkcji z najwyższej półki, dostępnych jednakże tylko na konsoli jednego z gigantów. Owszem, dzięki tej rywalizacji zyskaliśmy kilka naprawdę świetnej jakości tytułów, jednak zakładając, że chcielibyśmy mieć dostęp do każdej z nich, zmuszeni zostalibyśmy do zakupu obu konsol oraz komputera (bowiem z tytułu czystej specyfikacji wiele dobrych gier wyszło wyłącznie na PC). Tak właśnie powstały tytuły ekskluzywne, zaś stan ten trwa zasadniczo aż do dziś. Sam padłem ofiarą tej praktyki, gdyż aby przejść kilka tytułów, na których mi zależało, specjalnie kupiłem PlayStation 3 (mimo posiadania nienajgorszego PC). Co prawda problemy z tym powiązane w drobnej mierze rekompensują pojawiające się ostatnio przypadki wstecznej kompatybilności (czyli możliwość uruchomienia starszej gry na nowej konsoli), jednak nadal jest to w mojej opinii zdecydowanie za mało, by naprawić reputację wielkich koncernów.

Okay, te działania są jeszcze w jakiś sposób zrozumiałe, jednak ostatnimi czasy Microsoft zaczyna bawić się nieszablonowo. Otóż wyczekiwana przez wielu konsola o nazwie kodowej Xbox Scorpio, ma w założeniu obsługiwać gry stworzone nie tylko na swojego bezpośredniego poprzednika, czyli Xbox One, lecz również leciwe tytuły na Xbox 360. Oznacza to, że gigant z Redmond dobrowolnie pozbywa się źródła dochodu, jakim byłaby potencjalnie sprzedaż starszych konsol. Jest to co prawda zaledwie drobny fragment rynku, jednak przedsiębiorstwa tego kalibru rzadko przepuszczają jakąkolwiek możliwość zwiększenia swego dochodu. Już samo w sobie jest to dosyć dziwne, jednak to nie koniec nietypowego rozgrywania kart przez Microsoft. Otóż okazuje się, że zaczął on rezygnować również ze wspomnianych wcześniej tytułów ekskluzywnych. Pojawia się zasadnicze pytanie, dlaczego?

Odpowiedź na nie jest dosyć złożona, bowiem w mojej opinii chodzi tu o odgórny podział sprzętu, jaki uznaje gigant z Redmond. Wydaje się że z powodu stosunkowo niewielkiej liczby graczy komputerowych (posiadających sprzęt umożliwiający grę w najnowsze produkcje), oraz rosnącego udziału laptopów na rynku, zaczął on uznawać komputery za drugą, gorszą kategorię jeśli chodzi o gry. Idąc tym tropem, po co ograniczać dostępność do pewnych tytułów, skoro odbiorcy i tak są ograniczeni przez posiadany sprzęt? Efekt takiego właśnie nastawienia jest już widoczny gołym okiem, bowiem tytuły takie jak najnowsze Gears of War oraz Halo, dotychczas zarezerwowane dla Xboksa, możemy w chwili obecnej odpalić na PC. Oczywiście pod warunkiem że spełni on wymagania sprzętowe…

Ja wygląda przyszłość?

Tak sytuacja prezentuje się na chwilę obecną. Co jednak z przyszłością, oraz jakie profity uzyska w niej Microsoft poprzez rezygnację z tytułów ekskluzywnych? Tutaj należy zerknąć z nieco szerszej perspektywy, bowiem pod lupę bierzemy teraz całą branżę gier (pod względem ilości odbiorców, oraz posiadanego przez nich sprzętu). Pomocna w zwizualizowaniu tego powinna okazać się poniższa grafika (pominąłem w niej całkowicie rozwiązania mobilne, bowiem gry tworzone na nie są w większości jakkolwiek by nie spojrzeć „upośledzone” względem tych klasycznych). Wyraźnie widać na niej, że jeśli chodzi o ilość potencjalnych odbiorców wyprodukowanych gier to właśnie Microsoft dominuje nad rywalami. Dzieje się tak z tego prostego względu, że jego główni konkurenci (czyli Valve oraz Sony) dysponują odbiorcami posiadającymi jedynie określony sprzęt (odpowiednio komputery bądź PlayStation). Stąd już prosta droga do stwierdzenia jasnego jak słońce: więcej zainteresowanych to więcej klientów, a to oczywiście przyczynia się do generowania większych zysków. Wpływ, lecz nieco mniejszy, może mieć na to również fakt, że w najbliższym czasie najprawdopodobniej zwiększy się ilość gier multi-platformowych (Xbox – PC), co oznacza, że puste serwery nie będą już przeszkodą. No i oczywiście zniknie bariera, która dotychczas uniemożliwiała wspólną grę znajomych, którzy dysponowali innymi maszynami.

Tak prezentuje sięobecnie podział rynku gier wideo

Jakkolwiek by nie było, na chwilę obecną gigant z Redmond musi jeszcze poradzić sobie z wieloma problemami jeśli chodzi o tę gałąź rynku. Ze swojego bowiem doświadczenia wiem, że przynajmniej w kwestii PC o niebo lepiej sprawdza się platforma Steam niż Sklep Windows, zaś same działanie Xbox Play Anywhere pozostawia wiele do życzenia (głównie chodzi mi o brak części funkcji i stabilności). Jeśli Microsoft chce odnieść na tym polu sukces, lepiej byłoby gdyby zaczął działania od naprawy tego co w chwili obecnej szwankuje, niż na otwieraniu nowych perspektyw. W końcu jest nad czym popracować.


Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się z innymi!

Źródło:

Polecamy również w kategorii Felietony

Komentarze

Skomentuj

Autor